Świata jest za dużo | Olga Tokarczuk



„Świata jest za dużo” — Olga Tokarczuk

Ocena: 0/10

Olga Tokarczuk zapowiadała Świata jest za dużo jako swoją ostatnią wielką powieść. Można więc było oczekiwać książki, która naprawdę podsumuje jej pisarstwo, otworzy nową przestrzeń albo przynajmniej spróbuje wyjść poza dobrze znane obsesje autorki. Tymczasem dostajemy coś, co dla mnie wygląda jak kolejny powrót do tego samego miejsca: Dolny Śląsk, Wrocław, Wałbrzych, przesiedlenia, pamięć, tożsamość, poniemieckie domy, wielokulturowość. Oficjalny opis wydawcy właściwie sam to potwierdza — właśnie Dolny Śląsk, Wrocław i Wałbrzych stanowią centrum tej opowieści. Wydawnictwo Literackie

I tutaj pojawia się moje największe rozczarowanie.

Tokarczuk wygląda dziś jak pisarka, która zatrzymała się we Wrocławiu i nie potrafi już z niego wyjechać.

Można przez lata wracać do jednego regionu, jeśli za każdym razem odkrywa się coś nowego. Ale kiedy kolejny raz czytam o przesiedleniach, cudzych mieszkaniach, niemieckiej przeszłości, tożsamości pogranicza i pamięci miejsca, zaczynam mieć poczucie odgrzewanego kotleta.

Tym bardziej że polska historia XX wieku daje ogrom tematów, które wciąż czekają na wielką literaturę.

Wołyń.

Kresy.

Deportacje.

Syberia.

Powojenne losy rodzin rozbitych przez granice.

Trauma ludzi, którzy uciekali przed UPA.

Losy polskich kobiet i dzieci mordowanych albo wypędzanych ze swoich miejscowości.

Wołyń w tej książce nie jest całkowicie nieobecny — pojawia się w tle losów niektórych przesiedleńców — ale centrum narracji pozostaje zupełnie gdzie indziej. Nawet pozytywne omówienia podkreślają przede wszystkim Dolny Śląsk, Breslau, niemieckich mieszkańców, pozostawione domy i późniejsze zasiedlanie tych miejsc. TVP Kultura

I właśnie proporcje są dla mnie problemem.

Nie dlatego, że nie wolno pisać o Niemcach.

Oczywiście, że wolno.

Ale jeśli autorka zapowiada dzieło tej skali jako ostatnią wielką powieść, to oczekuję czegoś więcej niż ponownego przejścia przez przestrzeń, którą zna i opisuje od dekad.

Świata jest za dużo? Nie. W tej książce świata jest za mało. Za dużo jest za to tego samego Śląska.

Tokarczuk sama mówi o książce jako o „akcie wiary” w odbudowę życia po katastrofie i w siłę różnorodności. Harper's Bazaar Tylko że wielka powieść nie powinna być przede wszystkim ilustracją idei autora.

Powinna przede wszystkim opowiadać.

Powinna zaskakiwać.

Powinna otwierać przestrzenie, do których wcześniej autor nie miał odwagi wejść.

Tutaj tego nie czuję.

Czuję za to bardzo znajomy zestaw:

Dolny Śląsk.

Poniemiecki dom.

Przesiedleniec.

Pamięć.

Granica.

Różnorodność.

Tożsamość.

I kolejny raz ten sam literacki aparat.

Plusy

✓ sprawny język
✓ ciekawy materiał historyczny
✓ duży rozmach
✓ dobre wyczucie miejsca
✓ temat przesiedleń nadal ma potencjał

Minusy

− ponowne ogrzewanie tych samych tematów
− Dolny Śląsk po raz kolejny jako centrum świata Tokarczuk
− za mało świeżości
− ogromna objętość przy znajomym zestawie idei
− Wołyń i trauma kresowa pozostają na dalszym planie
− ideologia różnorodności momentami ważniejsza niż sama opowieść
− poczucie, że autorka nie wychodzi poza własny, dobrze znany krąg tematów
− 688 stron nie daje poczucia nowego otwarcia, tylko wielkiego powrotu do tego, co już znamy

Czy warto przeczytać?

Nie.

Nie dlatego, że książka jest o Dolnym Śląsku.

Tylko dlatego, że po autorce tej rangi oczekuję więcej niż kolejnej wariacji na temat przestrzeni i problemów, które opisywała już wielokrotnie.

Jeśli to rzeczywiście ma być jej ostatnia wielka powieść, to dla mnie jest to ogromnie rozczarowujące domknięcie.

Ocena końcowa: 0/10

Bez lukru: Tokarczuk zapowiadała ostatnią wielką powieść, a dostałem kolejne wielkie okrążenie wokół Wrocławia, Wałbrzycha, niemieckiej przeszłości i przesiedleń. Noblistka nie musi pisać o wszystkim. Ale jeśli po tylu latach nadal wraca głównie do tych samych miejsc i tych samych idei, mam prawo powiedzieć: to już było. Tym razem nie wystarczy nawet noblowskie nazwisko. Harper's Bazaar

Komentarze